czwartek, 12 listopada 2015

Warsztaty u "Stokrotek"

Cześć :)

Dziś, razem z moją mamą, uczestniczyłam w spotkaniu koła Kobiet Aktywnych "Stokrotki". Spotkanie dotyczyło przygotowania bardzo praktycznej ozdoby jaką jest lampion. Taką dekorację można wykonać naprawdę ze wszystkiego. Podstawą do jej stworzenia może być szklanka, wazon, dzbanek, kielich czy nawet zwykły słoik. Całość wyklejamy papierem ryżowym ale myślę, że rozwarstwiona chusteczka higieniczna też zda egzamin. Innym wariantem mogą być nawet zwykłe farby plakatowe. Dodatkowo na lampionie możemy umieścić wybraną grafikę wyrwaną lub wyciętą z papierowej serwetki, papieru ryżowego czy innego materiału, stosowanego w technice decoupage :) Jako że Boże Narodzenie za pasem, dziś wykorzystałyśmy grafikę związaną ze świętami.

Taki lampion do doskonały pomysł na prezent handmade. Z resztą mam już kilka pomysłów w głowie i niedługo się nimi z wami podzielę :) A teraz czas na zdjęcia :)


Przykładowa praca, na której się wzorowałyśmy.

Mój projekt. Tak prezentuje się z jednej...

... a tak z drugiej strony :)

Tak prezentują się wszystkie prace.

Lampionik po lewej od mojego (tego zapalonego) zrobiła moja mama.
I jak? Podoba się wam? :)

Paulina

sobota, 7 listopada 2015

Jacek Komuda - Ostatni Honorowy

 Cześć :) Od wczoraj na Targach Lublin trwa Falkon. Jednym z autorów, których można tam spotkać jest Jacek Komuda. W związku z tym chciałabym się z wami podzielić moją opinią na temat jego najnowszej powieści Ostatni Honorowy. Wierzę, że was zainteresuje i chętnie po nią sięgniecie, bo warto!

Tytuł: Ostatni Honorowy
Autor: Jacek Komuda
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 367
Miejsce i rok wydania: Lublin 2015

Mam chyba słabość do książek Komudy. Albo za szybko je czytam albo za szybko się kończą. Jedno jest pewne: autor znany głównie z fantastyki umieszczonej w realiach Rzeczpospolitej szlacheckiej, tym razem zrobił mały "skok w bok" i akcję swojej najnowszej powieści usytuował w przełomach lat 30. i 40. oraz 80. i 90. XX wieku. Komuda odniósł się w niej do swojej pasji - walki na szable.

Głównym bohaterem książki jest Jakub Błażyk, młody szermierz, zawodnik warszawskiej Legii. Stronniczy werdykt na korzyść braci Rosjan sprawia, że chłopak postanawia odejść z klubu. Wtedy na jego drodze pojawia się pewien Francuz z propozycją zarobku wielkich pieniędzy w pojedynkach na ostrą broń białą. Walki, w których uczestniczyłby Kuba, aranżowane są dla bogatych obcokrajowców. Podczas sparingów przeciwnicy nie stosują się do żadnych sportowych reguł. Wygranym jest ten, który przeżyje lub nie odniesie znacznych obrażeń. Ciekawą postacią w tej powieści jest również Mistrz Tarło, od którego bohater uczy się fechtunku. 

Co więcej akcja powieści rozgrywa się w dwóch przestrzeniach czasowych - teraźniejszej (lata 80. i 90.), gdzie głównym bohaterem jest Jakub oraz retrospektywnej, rozgrywającej się wokół Samuela Przeździeckiego, rotmistrza Pierwszego Pułku Szwoleżerów (lata 30. i 40.). 

Czy Błażyk się zdecyduje? Czy wyjdzie z tego cało? Kim lub czym jest Szamszir? I co wspólnego ma Tarło z Przeździeckim? Kto jest tytułowym ostatnim honorowym? Tego dowiecie się dzięki zapierającym dech w piersiach opisach walk, w których autor jest niezrównany. Ta powieść was wciągnie i nie puści nawet wtedy gdy się skończy. 

Polecam!

Paulina,

wtorek, 3 listopada 2015

Warsztaty z Astrą

W ubiegły poniedziałek (26 października), miałam przyjemność uczestniczyć w szkoleniu organizowanym przez lokalną Księgarnię Topa-z i firmę Astra S.A. 2-godzinny kurs przeznaczony był głównie dla nauczycieli przedszkoli i klas 1-3 ale nie zabrakło też studentów oraz osób pracujących z dziećmi np. w bibliotekach.
Źródło: Google
Firmę Astra zna każdy kto chodził do szkoły albo przynajmniej brał udział w zajęciach plastycznych, nie wspominając o kompletowaniu wyprawki dla swojej pociechy. Astra to polskie przedsiębiorstwo działające na rynku nieprzerwanie od 1927 roku. Firma jest wam znana jest przede wszystkim z takich produktów jak farby, kleje, plastelina, modelina itp. Ale z pewnością nie wiecie, że jednym z pierwszych jej wyrobów były tusze a potem pióra i długopisy Zenith! To właśnie od nich Astra zaczynała swoją "karierę" ;) Dziś może pochwalić się szerokim asortymentem, skierowanym nie tylko do dzieci. Wyjątkowością produktów Astry jest to, że sporządzone są z wysokiej jakości składników pochodzenia naturalnego. Co więcej cała produkcja wraz z laboratorium umiejscowiona jest w Przemyślu. Firma posiada nie tylko liczne atesty ale również Europejski Znak Bezpieczeństwa - CE. To sprawia, że jej produkty są bezpieczne nawet dla najmłodszych użytkowników. Dodatkowym atutem jest przyzwoita cena, na którą stać każdego. Astra co prawda nie ma sklepu firmowego ani internetowego ale spotkać ją możemy w każdej księgarni z asortymentem przeznaczonym do rozwijania pasji i twórczości. Także w bełżyckiej Księgarni Topa-z KLIK :)

Źródło: Fanpage księgarni
Dość o marce, teraz kilka słów o wydarzeniu. Szkolenie było bardzo ciekawym doświadczeniem. Dowiedziałam się wielu rzeczy, które z pewnością wykorzystam w pracy z moimi siostrzeńcami oraz dziećmi, z którymi przyjdzie mi kiedyś obcować, np. jak w interesujący sposób zrobić świecznik ze słoika i farb fluorescencyjnych, płaskorzeźbę z masy papierowej, namalować obraz... plasteliną, ulepić biżuterię z modeliny i wiele innych. I jak się okazuje praca z produktami Astry to świetna zabawa nie tylko dla dzieci. Prowadząca szkolenie, pani Martyna Boniewska w interesujący sposób wprowadziła nas w asortyment marki, pokazała nietypowe ich zastosowanie (wymienione powyżej). Co więcej sama mogłam wypróbować niektóre produkty :)

Żródło: Fanpage księgarni
Źródło: Fanpage księgarni
Moja twórczość własna 
Na koniec spotkania, każdy z uczestników otrzymał mały upominek w postaci produktów Astry. Dostałam farby plakatowe, modelinę, plastelinę z brokatem, plastelinę zwykłą, klej oraz próbkę ich nowości - kredki Astrino, będące konkurencją dla słynnych kredek Bambino. Muszę wam powiedzieć, że szybko zakupiłam pełne opakowanie 24 kolorów, bo Astrino są świetne! Cudowne i żywe kolory, którymi super się cieniuje. Efekt zobaczcie na zdjęciu :) Jak dla mnie świetne uzupełnienie Bambino :) (o kolorowankach powiem innym razem).



Podsumowując, bardzo się cieszę, że mogłam wziąć udział w takim spotkaniu. Bardzo miłe doświadczenie oraz dużo nabytej wiedzy. Bardzo dziękuję organizatorom za stworzenie możliwości zapoznania się zarówno z produktami jak i sposobami ich wykorzystania.

Paulina

niedziela, 25 października 2015

Ozdobne ptaszki z masy solnej

Kolorowe ptaki z masy solnej są świetnym rozweselaczem przestrzeni - zarówno pokoju dziecięcego, jak i ogólnego wystroju domu. Dziś pokażę wam jak wykonać dwa warianty miłych oku ozdób. 


Pomysł na zrobienie czegoś z masy solnej wpadł mi do głowy gdy zostałam sama na dłużej ze swoimi siostrzeńcami, Jasiem i Zosią. Dzieci jednak okazały się być za małe na takie zabawy ale dla mnie wycinanie różnych kształtów było straszną frajdą i pomogło mi się zrelaksować. Złapałam bakcyla do tego stopnia, że robienie ozdób z masy solnej było jednym ze sposobów odstresowania przed ślubem. 

Tworzenie z masy solnej to świetne zajęcie nie tylko dla naszych pociech. Także lepienie z plasteliny, modeliny itp. pomaga rozwijać nie tylko wyobraźnię ale również zdolności manualne. Pozwala na skupienie się, zebranie myśli a dorosłym także powrót do czasów dzieciństwa. 

Generalnie w tworzeniu ozdób z tworzywa, który wam dziś proponuję najlepsze jest to, że do ich powstania możemy wykorzystać wszystko to co mamy w domu. 


Do przygotowania ptaszków użyłam:

  • masa solna (sól, mąka, zimna woda -PRZEPIS KLIK-)
  • wałek
  • nożyczki
  • foremki do wycinania ciastek (w moim przypadku był to ptaszek)
  • igła i nitka
  • papier do pieczenia 
  • piekarnik i blachę do pieczenia
  • kolorowe farby (użyłam akrylowych ale nadadzą się także plakatowe)
  • pędzle do malowania
  • woda
  • patyki do szaszłyków
  • wałek
  • kilka metalowych spinaczy
WYKONANIE

Krok 1.
Po uprzednim przygotowaniu masy solnej, rozwałkowujemy ją na placek grubości ok. 5 mm i wykrawamy z niego wybrany kształt, czyli ptaszki. 


Krok 2.
Wariant pierwszy
Jeżeli chcemy aby nasza ozdoba wisiała, to za pomocą tępej strony patyka do szaszłyków dziurkujemy ptaki w dwóch miejscach. U góry i dołu. ALE! Wcześniej ustalamy sobie ile ptaszków ma wisieć w jednym pionie. Ja ustaliłam, że mój pion będzie się składał z czterech sztuk. Stąd podwójnie podziurkowałam trzy ptaki a czwartemu zrobiłam dziurę tylko u góry. Ptaki układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.



Wariant drugi
Jeśli interesują nas ozdoby, które można włożyć np. do doniczki z kwiatami albo do stroika świątecznego to na zrobienie jednej sztuki potrzebujemy dwóch ptaszków i jednego patyka do szaszłyków. Wybrany kształt układamy od razu na blasze uprzednio wyłożonej papierem do pieczenia (w ten sposób unikniemy odkształcenia się naszego wzoru). Następnie smarujemy ciasto niewielką ilością wody, delikatnie wciskamy patyk do szaszłyków (tępą stroną) i przykrywamy drugim ptaszkiem. Całość lekko dociskamy.



Krok 3.
"Ciastka" ładujemy do rozgrzanego do ok 75 stopni Celsjusza piekarnika i suszymy. Chociaż ja swoje piekłam w 150 stopniach przez ok 10 minut. Pieczenie spowodowało różne wybrzuszenia i nierówności do moim zdaniem dodało moim ptaszkom uroku :)

Krok 4.
Wystudzone ptaszki malujemy tak jak nam się podoba. Ja użyłam farb akrylowych a skrzydełka i oczy zaznaczyłam czarnym pigmentem ale plakatówki też zdadzą egzamin. Całość można polakierować np. bezbarwnym lakierem do paznokci.



Krok 5.
Wariant pierwszy

Pomalowane ptaki nawlekam na nitkę przez uprzednio przygotowane dziurki. Do pierwszego ptaszka doczepiam rozłożony spinacz. Ptaki są gotowe do powieszenia :)


Mam nadzieję, że moja propozycja wykorzystania masy solnej przyda się w tworzeniu ozdób świątecznych. Zdjęcia robiłam telefonem i nie mam ich zbyt wiele, więc proszę o wyrozumiałość :) 

Pozdrawiam serdecznie, Paulina :)

środa, 21 października 2015

Żel-peeling pod prysznic BEBEAUTY Bali SPA

Cześć wszystkim :)

Dziś mowa o zdenkowanym już, żelu pod prysznic Bali, który jest stale dostępny na biedronkowym dziale kosmetycznym. Ten produkt szybko stał się moim ulubieńcem. Przede wszystkim przyciągnął mój wzrok interesującą szatą graficzną opakowania (gwoli ścisłości - zarówno ten jak i inne żele z serii SPA, mają zmienione butelki i etykiety; zawartość dalej jest ta sama :)) Kolejną rzeczą, która sprawiła, że stał się dla mnie atrakcyjny to to, że zawiera drobinki ścierające - delikatny peeling. Mój wybór padł więc nieprzypadkowo. Kupiłam go podczas trwania nieznośnych upałów. Jego kwaskowaty zapach oraz właściwości ścierające okazały się być w sam raz na gorące dni.


Według producenta, żel zawiera ekstrakt z awokado, mający właściwości regeneracyjne, nasiona moreli peelingujące skórę, a także odżywiające i nawilżające minerały z wód termalnych i ekstrakt z owoców egzotycznych. Szczerze mówiąc to nie zauważyłam żeby działał jakoś nadzwyczajnie. Na pewno po prysznicu z tym żelem, czułam się odświeżona. Zapach, jak wyżej wspomniałam, wydaje mi się kwaskowaty, nie czuję w nim nut awokado ani owoców egzotycznych tylko baardzo soczystej gruszki. Niemniej jednak jest bardzo przyjemny i nie mdlący na dłuższą metę oraz chwilę po prysznicu utrzymujący na skórze.



Opakowanie jest wykonane z przezroczystego i raczej miękkiego plastiku. Można więc kontrolować ubywanie produktu. Zamknięcie jest solidne ale nie sprawiające problemów. Co więcej można na nim postawić butelkę w celu wygarnięcia resztek. Jeśli zaś chodzi o sam produkt, to jest on raczej z tych rzadszych, ale nie leje się jak woda. Mieści w sobie bardzo dużo ścierających drobinek. Jakoś rzadko stosowałam go od razu na skórę. Jestem z tych osób, które nalewają produkt na szorstką część gąbki i energicznie pocierają nią skórę. Stąd nie mogę dokładnie stwierdzić właściwości peelingujących tego żelu. Z pewnością nie jest ostry i nie działa inwazyjnie na skórę. Oprócz tego dobrze się pieni i po wylaniu dużego kleksa na gąbkę byłam w stanie w całości się namydlić. Dlatego z czystym sumieniem mogę określić go jako wydajny. Cena też nie jest mocno wygórowana, za 300 ml zapłaciłam nieco ponad 4 zł.

Skład:
Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Polyethylene, Cocamidopropyl Betaine, Parfum, Laureth-3, Styrene/Acrylates Copolymer, Butylene Glycol, Phenoxyethanol, Actinida Chinesis Friut Extract, Magnifera Indica Fruit Extract, Cocos Nuicifera Fruit Extract, Propylene Glycol, Persea Gratissima Fruit Extract, Sodium Benzoate, Gluconolactone, Calcium Gluconate, Prunus Armeniaca Seed Powder, Acrylates/C-10-30 Magnesium Nitrate, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Sodium Chloride, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, CI 19140, CI 14720.

Polubiłam go i zaczęłam drugą butelkę. Z pewnością będę go często stosować :) A wy? Co sądzicie o tym produkcie? Swoje zdanie umieśćcie proszę w komentarzu :)

Paulina

piątek, 16 października 2015

Nawilżający balsam do ciała z d-panthenolem BIELENDA

Witajcie w słoneczny piątek :)

Dziś chciałabym się z wami podzielić moją opinią na temat nawilżającego balsamu do ciała z d-panthenolem Bielenda z serii skin clinic professional. 


Firmę Bielenda znam i lubię od bardzo dawna, dlatego nie przeszłam obojętnie obok jej nowości. Na dworze robi się coraz chłodniej a skóra szybko się wysusza, pęka i piecze. Dlatego warto sięgnąć po balsam-opatrunek. Producent wprowadził na rynek dwa warianty: nawilżający dla skóry suchej i normalnej oraz odżywczy dla skóry bardzo suchej. Ja zdecydowałam się na pierwszy. 

Od producenta:
Na odwrocie czytamy: wyjątkowy balsam do ciała o bogatej konsystencji i przyjemnym kremowym zapachu, przeznaczony do codziennej całorocznej pielęgnacji każdego rodzaju skóry, zwłaszcza suchej i normalnej. Receptura balsamu opiera się na silnych naturalnych substancjach nawilżających tzw. humektantach, które mają zdolność do wiązania i zatrzymywania wody, odpowiadają za właściwe nawodnienie naskórka. Balsam oparty jest na technologii dermalnego opatrunku mającego trwać 48 godzin. Działanie balsamu nastawione jest na kumulowanie wilgoci w naskórku i ograniczenie jej migracji. Balsam zapewnia odpowiedni poziom nawilżenia skóry, poprawia jej kondycję, jędrność i elastyczność, zmiękcza i wygładza szorstki naskórek. Działa jak opatrunek - daje odczucie ochrony, komfortu i otulenia skóry. Formułę balsamu wzbogacono d-panthenolem i alantoiną.


Moja opinia:
Po regularnym stosowaniu balsamu nie sposób nie zgodzić się z obietnicami producenta. Balsam świetnie nawilża wyjątkowo suche partie ciała. W moim przypadku były to nogi i łokcie. Po kilku użyciach zauważyłam poprawę. Co więcej szybko się wchłania, pięknie pachnie i nie klei się do ubrań. Aplikuję go zwykle po wieczornym prysznicu więc nie muszę długo czekać by założyć piżamę. Konsystencja balsamu jest gęsta ale nie tępa, więc nie ma problemu z dokładnym rozsmarowaniem. Muszę zwrócić uwagę na jego niesamowitą wydajność. Nie trzeba go wiele by dokładnie pokryć daną część ciała :) Balsam zamknięty jest w plastikowej, białej butelce o pojemności 400 ml. Ma wygodne zamknięcie typu klik, na którym bez problemu można postawić butelkę do góry nogami po to by wydobyć resztki. Dodatkowym plusem jest atrakcyjna cena. Za 400 ml produktu zapłaciłam 12 złotych.




Skład:
Aqua(Water), Glycerin, Ethylhexyl Cocoate, Ethylhexyl Stearate, Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Petrolatum (Nota N), Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Cetearethe-18, Cyclopentasiloxane, Panthenol, Allantoin, Sodium Lactate, Dimethicone, Sodium Polyacrylate, Propylene Glycol, Disodium EDTA, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, DMDM Hydration, Parfum (Fragrance), Butylphenyl Methylpropional.

A wy? Macie? Używacie? Dajcie znać w komentarzu :)

I jeszcze piosenka na rozluźnienie :)


Paulina

czwartek, 15 października 2015

Wieczór z książką: Jonas Jonasson - Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął

Tytuł: Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął
Autor: Jonas Jonasson
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 416
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2015
Okładka: miękka ze skrzydełkami


„Właśnie minęło dziesięć dekad nadzwyczaj bogatego w wydarzenia życia Allana Karlssona. Problem w tym, że zdrowie nie odmawia mu posłuszeństwa i wielka feta z okazji setnych urodzin jednak będzie musiała się odbyć w domu spokojnej starości. Ale człowiek, który jadł kolację z przyszłym prezydentem Trumanem, leciał samolotem z premierem Churchillem, pił wódkę ze Stalinem i znał Mao Zedonga, nie może tak po prostu zdmuchnąć świeczek na torcie. Wymyka się przez okno i rusza w swą ostatnią życiową podróż…”

No właśnie. Wspomniana „ostatnia życiowa podróż” obfituje w szalone zwroty akcji, które bohater przyjmuje ze stoickim wręcz spokojem. I jak wskazuje tytuł żwawy staruszek wychodzi na jej spotkanie oknem. W tej czarnej komedii główna akcja przeplata się z dawnymi przygodami Karlssona. Sam bohater jest prosty aż do bólu, szczery aż do bólu i uczciwy aż do bólu. Ponadto Allan ceni sobie dobre wychowanie i wódkę. Z resztą inni uczestnicy zdarzeń przedstawionych przez autora, zdają się być podobni do Allana. Szczególnie jeśli chodzi o wódkę (a także alkohol w ogóle).

Nie wiem czy Szwedzi mają taką cechę charakterystyczną ale styl pisania Jonassona jest bardzo podobny do stylu… Astrid Lindgren. Wiem, porównanie nietęgie, ale to była moja ulubiona pisarka, kiedy byłam małą dziewczynką i to w jej powieściach zaczytywałam się do tego stopnia, że mama musiała mi je chować bo nie istniało nic tylko książki ;). Styl Jonassona i Lindgren cechuje się lekkością pióra, wartką akcją, wciągającą fabułą i interesującymi bohaterami. Treść jest przystępna dla czytelnika. Stulatek wielokrotnie doprowadzał mnie do łez, ale były to łzy rozbawienia, bo nawet poważne sytuacje opisane są tam całkowicie przewrotnie. W całej swej prostocie książka skonstruowana jest w bardzo inteligentny i wyważony sposób, wymagający od odbiorcy czynnego myślenia i czujnego czytania a także podstawowej wiedzy historycznej bo to właśnie do niej odwołuje się autor.

Serdecznie wam ją polecam. Jest fajna na „aktywne odprężenie”. Książkę otrzymaliśmy w prezencie zamiast kwiatów z okazji ślubu. Bardzo dziękujemy Agacie za prezent :) 

I jeszcze pasująca do książki piosenka Come Jain :)



Pozdrawiam, Paulina.